Dlaczego przyjęłam ciotki od ukraińskiego nacjonalisty?

- Co to takiego? – Spytałam O’ widząc jak obraca między palcami drewnianą zabawkę podobną do koralików.
Gorące od słońca blachy na wieży lwowskiego ratusza przypiekały mi łokieć. Z dołu ku górze, wzdłuż murów budynku pięła się muzyka cymbał grana przez młodego chłopaka przy fontannie. Skierowani byliśmy w stronę Placu Fedorowa, Podwala i kilku ulubionych knajp.
- Ciotki. Zrobione w tjurmie. To taka zabawka, którą kiedyś złodzieje ćwiczyli zdolności manualne. – Mówił O’ nie przestając przewijać jej przez palce – Masz. To dla Ciebie. Zobacz, tu są czaszki, tu książka, opium, pająk, pik, trefl i svastyka… Wiesz co to takiego, prawda?

-Katjusha… no daj mi numer telefonu…! – Miejscowy pijaczyna Siergiej kopał mnie nogą pod stołem, gdy konsumowałam Lvivskie Żywe w okolicznej spelunie. – No davaj, bud laska, nie bojsa!!
-Alo dzjevchata! – Jeden z dwóch dresów ze stolika obok zaczepiał moje koleżanki. Wszystkie próbowałyśmy rozczytać w milczeniu skład piwa zmęczone kilkunastogodzinną podróżą na Ukrainę. Dotarłyśmy pociągiem, autostopem w chłodnicy oraz marszrutką. – No co wy?! Znajomych bukw szukacie?
- Ej, Romko! – Jeden nachylił się ku drugiemu. – A może one są naniuchane?
Na ramieniu Sergieja uwiesiła się piękna kobieta o ciemnych włosach. Spytała która z nas najstarsza. Wyszłam z nią na dwór, zapaliłyśmy papierosy i zaczęła się gadka.
- Mam rodzinę w Zielonej Górze. Moja babka stamtąd pochodzi. – W oczach kobiety pojawiły się żebrackie łzy. – Mój syn we więzieniu, drugi zmarł przed kilkoma dniami i nie mam na pogrzeb. Nikt mi nie może pomóc, a ja muszę go pochować.
- Ile? – Zapytałam patrząc na jej obfitą biżuterię ze szczerego złota. Nie potrafiła odpowiedzieć, więc dałam 20 złotych, które miałam w portfelu. Sama nie wiem dlaczego.
- A nie masz dolarów?

Udałyśmy się z dziewczynami czym prędzej do domu. Dochodząc do Prospektu Svobody usłyszałyśmy za naszymi plecami znajomy głos.
- Alo dzjevchata! – Chudy dres szedł za nami ciągnąc za sobą cichego kolegę.
- Spierdalaj!
- Czekajcie!
- A co? Też chcesz djengi? Nie mam już.
- Nie o to chodzi! Źle zrobiłaś, że im dałaś. To byli oszuści.
- Wiem.
Poznawaliśmy się w drodze do hostelu i pod samym celem zawróciliśmy na piwo do Kafe Cisar.
- Lwów był kiedyś polski.- Sprowokował jeden.
- A Wroclaw niemiecki – Odparłam krótko i ostro.
Romko, szczupły, lekko rudawy, z trzydniowym zarostem spał nad filiżanką kawy i lampką nalewki. Chudy dres najwięcej mówił. Ścięty „na wojskowo” blondyn uśmiechał się szeroko pod połamanym we wszystkie strony nosem. Miał na imię O’.

Spóźniał się pół godziny. Bazgrałam na serwetce plan reportażu o Ukrainie po powrocie z Kamieńca Podolskiego i Karpat. Siedziałam sama w Kafe Cisar przy okrągłym stoliku z ciemnego drewna. Myślałam, jak powiedzieć mu, że już się nie spotkamy, po tym jak jego koledzy zachowali się na ostatniej rybalku. Zawieźli nas nad jezioro ładami. Jeden z kierowców wyprzedzał Tira „na trzy” między drugim Tirem nadjeżdżającym z naprzeciwka. Potem chcąc zapalić trawę z butelki po domowym bimbrze doprowadził do jej wybuchu. To jednak nie był żaden problem, a jedynie atrakcja. Pod koniec imprezy niektórym za bardzo się „zachciało”, co było przyczyną licznych nieprzyjemności. Miałam dopić herbatę i wyjść. Nie wyszłam. Zrozumiałam, że straciłabym prawdopodobnie największą perłę mojego wyjazdu – i miałam rację.

O’ pochodził z przemysłowej dzielnicy Lwowa, Rogatki. Często uczestniczył w bójkach na wiejskich weselach i w mieście. Jednego razu rozbito mu trzy butelki na głowie i rozcięto ścięgna palców lewej dłoni – dzięki temu zawsze miał miejsce w marszrutkach. Któregoś dnia zabrano go z domu w kaftanie bezpieczeństwa po tym, jak zdemolował pokój ramką ze zdjęciem byłej dziewczyny. Do dziś nie może wchodzić do wielu barów. Chodząc ulicą witali się z nim ludzie różnego pokroju – tajemniczy, w dresach, eleganccy w koszulach, subtelni, studenci… dyskretnie jak myszy i oficjalnie. Za dzieciaka kradł na ulicy i dostawał za to wynagrodzenie od wujka jednego z kolegów. Od dwóch lat nie pił. Słuchał ruskiego hip-hopu i szansonów Mikhaila Kruga. Pracował od rana do wieczora na budowie. Gdy był mały chciał zostać aktorem. Oglądał filmy z Brucem Willisem – miał jego oczy.
Spotykałam się z nim, lecz nie mogłam przemóc się na czułości, od których ukraiński naród aż płonie. Czuliśmy się dobrze w swoim towarzystwie i tylko przy nim ogarniał mnie wstyd, że zabawiam się z innymi. „No jak to? Nie spróbować z młodszym – i to jeszcze z kapitanem jednej z głównych drużyn piłkarskich Lwowa?” – demon szeptał mi do ucha. Każdy inny wzbudzał we mnie namiętność, a O’ jedynie szacunek. Jedna z moich zabaw zakończyła się wypadkiem skazując mnie na trzy tygodnie abstynencji.
- Nie mogę z tobą sypiać przez trzy tygodnie. Miałam wypadek. – Oznajmiłam któregoś razu w jednej z najgorszych spelun jakie w życiu widziałam, a gdzie lubiłam przesiadywać.
- No i co z tego?! Nie o to mi chodzi. Ty mi się po prostu podobasz, rozumiesz? Jako djevushka.
Innym razem moja namiętność do piłkarza osiągnąwszy maksymalną skalę całkowicie stłumiła popęd do O’. Jak na złość w ten sam wieczór, gdy wyznałam, że nic we mnie nie ma, piłkarz wydzwaniał jak nigdy.
- To nic. – Powiedział O’ zaciągając się papierosem. – Ja i tak chcę się z tobą spotykać. Niczego się nie bój. Będę cię tak traktować, jak sama będziesz się zachowywać.
To była prawda. Każdy inny zawsze pilnował, by obejmować, trzymać za rękę, głaskać jak psa… i ten każdy inny szybko mi się nudził.

O’ nienawidził murzynów, ani w ogóle ciemnych ludzi. Kiedyś po Rogatce jeździł ładny samochód tam i z powrotem, aż zakopał się w zaspie. Wielu wyszło z bram popatrzeć na walczącego ze śniegiem kierowcę.
- Nie pomogliście mu?
- No co ty? Nie dość, że Cygan, to jeszcze polski. Łopatę mu podaliśmy i to wszystko.
Nie lubił ‘ziomków’ w porach spuszczonych do kolan, ani świecących księżniczek na siedemnastocentymetrowych szpilkach. Nie chodził na dyskoteki, ani imprezy taneczne, gdzie zawsze są chętni do bójek. Na wesele – wiadomo – wypada.
Gdy wybuchła Pomarańczowa Rewolucja pojechał do Kijowa.
- Rewolucja?! To był pomarańczowy strajk, a nie rewolucja! Rewolucję potrafią robić tylko Francuzi. – Wymachał kiedyś rękami te słowa na ławce przy Podwalu.

Weszłyśmy na Hreszczatyk. Zdziwiła mnie europejskość Kijowa. Było w nim wszystko, co każda stolica Europy powinna mieć, w tym Majdan i Statuę Niezależności. Czuło się jednak wschodni rozmiar XXL. Dzieło człowieka potężniejsze od niego samego. Pod gmachem sądu stał tłum ludzi. Na początku myślałam, że to jakiś festyn, albo święto. W rzeczywistości była to demonstracja zwolenników Julii Tymoszenko. Policja stała spokojnie z serdecznym uśmiechem – jak na jarmarku w dzień targowy. 200 metrów dalej trwały przygotowania do KIA DRIFT w ramach EURO 2012.

Jego babka od strony ojca była Polką. Nie lubił tej rodziny. Nie odwiedzał ich, bo rodzinny obiad zawsze groził bójką z pijanymi wujkami…

Stanęłyśmy na wylocie drogi z Lwowa do Tarnopola. Pierwszy kierowca, przyjemny mężczyzna w średnim wieku poczęstował nas jabłkami z własnego sadu i czekoladowymi ‘konfjetkami’. Po drodze skręcił do Umania, gdzie piłyśmy świętą wodę i kąpałyśmy się w niej. Spokojne sanktuarium położone w malowniczej, pagórkowatej krainie przyciągało rzesze wiernych. Ponoć doszło tam do objawienia. Po wiejskich drogach chodziły stada krów…
Potem znów napiłyśmy się świętej wody z innego źródła z dwójką młodych tirowców. W samym Tarnopolu miejscowe wyrostki wsadziły nas w autobus do Stryjówki – rodzinnej wsi mojej babci. Chłopcy śmierdzieli alkoholem i papierosami. Jeden miał poobijaną twarz. W tłumie na bazarze przemieszczali się jak kuny. Nikt nie zauważyłby jak biorą produkty ze stoisk.
- A wy do kogo w tej Stryjówce? – Kierowca marszrutki obnażył złoty ząb na tle pozostałych szarych.
- Po prostu. – odparłam zakłopotana bojąc się mówić cokolwiek do przewrażliwionego na własnym punkcie narodu. „Do nikogo” pomyślałam rozpłakawszy się dyskretnie.
Wysiadłyśmy na polnej drodze z kilkoma Ukraińcami. Każdy szybko udał się w swoją stronę, jakby trochę w popłochu. My stałyśmy chwilę w napięciu i ruszyłyśmy do centrum, gdzie na szczycie wzgórza stała dumnie niczym pałac, błękitna cerkiew. „W końcu pamiętny dom babci, legendarne miejsce na ukochanej ziemi”. Po obydwóch stronach drogi stały łąki i staw, a na nich krowy i gęsi. Chłopiec pasł jedno z nich, kąpiące się w zacienionej wodzie. Wszędzie panowała cisza. Załatwiłyśmy potrzebę w pierwszych napotkanych krzakach i poszłyśmy dalej. Zjadłyśmy wiejski chleb z jakimś sztucznym serkiem na rozkruszonych schodach i skręciłyśmy w głąb wsi nieopodal wytwórni kiełbasy.
- Przepraszam. – Zaczepiłam starszą kobietę z jednej z zagród. – Wie może Pani, gdzie stał kiedyś młyn i staw?
- A wy od kogo?
- Od Kr.
- A ja znam ich… znam. Żyje ich jeszcze kilku. Wejdźcie, wejdźcie…
Rozpłakałam się na dobre. Łzy ciekły mi strumieniem po policzkach. Nie mogłam złapać powietrza. Widziałam babcię zbierającą zioła w sadzie. Nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze żyje. Przyszła młoda przedstawicielka naszej rodziny, wymieniłyśmy adresy i telefony, ponaciągałyśmy fakty… Starsza pani poczęstowała nas domowym rosołem z domowym makaronem i domowym chlebem. Kuzynka zwolniła się z pracy, przyjechał kuzyn z Tarnopola i miał być cmentarz, a potem hulanka. Wtem weszła baba Olha – jedna z najstarszych przedstawicielek wsi.
- A wy od których Kr? [.....] A! To wy nie rodzina!!! Idziemy!
Młoda kobieta i pan z Tarnopola odeszli. Obiecałam wysłać im kartkę mimo wszystko.
Baba Olha stara, a żwawa, że niejeden młody by pozazdrościł wyprowadziła nas poza wieś w stronę łąk, obok gęsi i krów, z chustą na głowie i uśmiechem na twarzy. Napracowała się już w życiu. Szerokie, przeciążone dłonie zwisały nisko przy udach. Pokazała gdzie stał staw, a gdzie młyn. Stałam roztrzęsiona, myśli rozbiegane. Tu koniec wsi, pola, pagórki, łąki i droga donikąd. Moja babcia zbierała kamyki na tej drodze i rzucała je do nieistniejącego już stawu, a ciocia Mania puszczała łódki spod młyna na rjechku….
- I co ci Moskale narobili?- mówiła sama do siebie baba Olha.
Podeszłyśmy pod jeden z domów, gdzie w furtce stanęła starsza pani o dwóch laskach, której pod wpływem emocji imienia zapomniałyśmy. Konwersacja, wywiad i telefony do ojca i cioci…. Tak, wszystko się zgadza! Wszyscy ich pamiętają. Prababka Franka i pradziad Anton (zamordowany przez banderowców przebranych za esesmanów), moja babka i jej rodzeństwo, adoptowane dzieci wojny… Kolejny obiad w domu kuzyna babki, wino…
- Bryzz!
Nasi Kr byli inni od pozostałych. Mieszkali na obrzeżach. Dobrze żyli z Ukraińcami, niektórzy się nawet z nimi żenili. Po chacie babci tylko bocianie gniazdo zostało, szczekanie psów, szum drzew i schowane przed żarem słońca ptaki….
Niczego się nie spodziewałam, niczego nie chciałam. Kilka dni później przemycałam przez granicę podarowaną dla rodziny kiełbasę. Babcia nie żyje od jedenastu lat.

Był 1 sierpnia 1991 roku. O’ wstał z łóżka. Nikogo w domu nie było. Biegał od pokoju do pokoju i szukał żywej duszy. Wyjrzał przez okno i zobaczył samochód. Jedziemy na wycieczkę!! – pomyślał w podskokach. Wyjechali. Nagle drogę zagrodził im służbowy pojazd brata ojca. Wujek wyszedł cały zapłakany – Tata nie żyje. Spalił się żywcem podczas spawania – przez błąd kolegów. Pogrzeb w letni upał, czarne, śmierdzące zwłoki leżały w komnacie. Dookoła lamentujące kobiety i modły. Tradycja prawosławnych nakazuje, aby wdowa pożegnała męża pocałunkiem. Ciężarna matka odmówiła, co spowodowało skandal obyczajowy. Co więcej w wyniku szoku pourazowego lekarze polecali aborcję. Nie zgodziła się. Siostra O’ urodziła się zdrowa. Obecnie nikt o grób ojca nie dba. Nawet babka Polka.

Na ‘majdancik’ przy Medewoji Peczery przychodził sześcioletni Marian. Potrafił dobrze grać w futbol i strzelać takie gole, że sama bałam się je bronić. Któregoś dnia zmarła jego dwudziestoczteroletnia matka. Obok miejsca mojej pracy, prawie przy samym krawężniku śpiewali modły prawosławni żałobnicy. Mały łobuz Marian nie chciał zejść z boiska… Na placu zabaw płakał dziesięcioletni Vladi – żal mu było kolegi, bo jego mama taka fajna…

- Ja też mam coś dla ciebie. – Odparłam z uśmiechem sięgając do torebki. – To płyta „Kaliber 44”. Nie mają tu nacjonalistycznych pieśni więc możesz słuchać bezpiecznie we Lwowie.
Nie wpadłam na nic lepszego jako prezent. Kupiłam mu płytę, bo lubił hip-hop, a „Paktofonika” mogła być zbyt poważna i monotonna. Nie zdążyłabym też wyciągnąć nic dla niego z polskiego więzienia. Nie chciałam dawać mu nic zakupionego na Ukrainie. Alkoholu nie pił. Na ostatnim spotkaniu wyciągnęłam kunę chorwacką z portfela, którą nosiłam na szczęście. Powiedział, że zrobi w niej dziurkę i doczepi do kluczy. Był 24 sierpnia, dwudziestolecie Dnia Niezależności.

Bawię się ciotkami obracając je pokracznie między palcami jak losy Ukrainy między Zachodem a Rosją, bogactwem a biedą, polityką a bandytyzmem. Bawię się narzędziem nacjonalizmu, będącym jedynym możliwym przejawem ukraińskiego patriotyzmu, bo Ukraina pachnie kwiatami i… gównem.

Wieprze i perły

„Nie rzucaj pereł przed wieprze” – ostrzeżono mnie kiedyś, na samym początku drogi, zaledwie jedenaście/dwanaście lat temu. Jeszcze przez długi czas uważałam to za niezbyt słuszne, trochę przesadzone. Przecież szczęściem trzeba się dzielić.
Teraz wiem. Wieprze żrą wszystko. Mafia rzuca im trupy ludzkie na pożarcie. Ponoć zostają tylko zęby.
Wieprze nie kontemplują tego, co jedzą. Możliwe, że nie znają nawet smaku, a jeśli znają to nie ma on dla nich większego znaczenia. Wieprze prawie zawsze są głodne i jeśli trzeba, to zeżrą siebie nawzajem. Nie znają umiaru i tarzają się we własnym głównie. Ponoć są inteligentne, a szczęki silniejsze mają od niejednego psa. Ich kał wygląda też jak ludzki.
Ogólnie symbolizują kogoś o niskiej kulturze osobistej, obrzydliwego zewnętrznie i wewnętrznie, ostatecznie błazna.
Człowiek żywi się nimi niemalże na całym świecie i tylko szanujące się kultury nie jedzą ich mięsa. One jedzą wszystko – gówno, własne wymiociny, czy perła to dla nich wszystko jedno.

Chwila świata w duchu chorwackim

mijo kovacic

Chwila świata… czyż nie kojarzy się to wyrażenie po prostu z milczeniem? Szczególnie z tym rodzajem milczenia, kiedy braknie słów na widok tak piękny, że przekraczający dotychczasowe wyobrażenia. Nie jest więc to milczenie zachowane celowo, z szacunku i o charakterze religijnym. Następuje ono wbrew woli, czasem przemienia się w niemowę. Jerzy Kosiński w książce „Malowany Ptak” pokazał jak można stracić głos ze stresu, kiedy to głównego bohatera, małego chłopca, wrzucono do latryny i jak można go odzyskać ze szczęścia. Pod wpływem silnego, spontanicznego uderzenia rzeczywistości można po prostu stracić głos.
Chwila świata to jednak nie tylko milczenie – powiedziałabym, że przeciwnie – to całkowicie inny typ komunikacji. Francuski filozof Maurice Merleau-Ponty, przedstawiciel fenomenologii oraz egzystencjalizmu, mówi o obustronnym widzeniu. Polega ono na umiejętności nie tylko patrzenia, lecz „widzenia” przy równoczesnym „byciu widzianym”. Zdolność tą połączyć należy z intuicyjną empatią, otwarciem się na świat, samoświadomością oraz świadomością perspektyw. Umysł to nie tylko zwierciadło natury, jak chciałby to Richard Rorty. Chociażby dlatego, że posiada twórczą wyobraźnię. Nie trzeba bowiem materializować swoich dzieł, żeby być artystą. Henry Miller przestał na czas jakiś pisać podczas pobytu w Grecji. Tam zrozumiał, że jest spełniony i nie potrzebuje robić tego, co dotychczas było sensem jego życia. Na szczęście odszedł stamtąd, dzięki czemu powstało „Big Sur i pomarańcze Hieronima Bosha”. Istnieją artyści życia i aż szkoda czasem, że nie oddają swojej sztuki społeczeństwu.
Mówiąc o całkowicie innym typie komunikacji nawiązuję do tytułu książki Dżiddu Krishnamurti „Całkowicie inny sposób życia”, w której to filozof mówi: „Prawda to kraina bez dróg. Żadna organizacja, żadna religia, żaden nauczyciel nie mogą do niej doprowadzić. Ludzie patrzą na świat przez pryzmat swoich myśli i swojej przeszłości. Tym samym jesteśmy niewolnikami myśli i czasu. Myśl jest zawsze ograniczona i nigdy nie odpowiada całkowicie rzeczywistości, prowadzi więc do cierpienia. Świadomość uczy odróżniania tego, co rzeczywiście jest, od tego co na ten temat myślimy i w konsekwencji do prawdziwej wewnętrznej wolności. Wszelkie autorytety, religie, ideologie powodują jedynie budowanie kolejnych fałszywych konstrukcji myślowych. Tylko świadomość i obserwacja pozwalają dostrzec ich iluzję”. Myślę, że Merleau-Ponty nie zaprzeczyłby tym słowom. Z pewnością przychylni byliby też malarze naiwni, których religijność związana jest bardziej z naturą niż Bogiem.
Mijo Kovacic, chorwacki malarz naiwny wychowany na wsi, mający melancholijne dzieciństwo ubarwiane mrocznymi baśniami matki często przedstawia chwilę świata ledwie radząc sobie z faktem, że to chwila. Świat się zmienia, rzeczywistość to nieustanny proces. Muszę przyznać, że miałam spory problem z wyborem obrazu, bo wszędzie się dzieje w ciszy skupienia ewentualnych bohaterów. Powyższy obraz nosi tytuł „Na wybrzeżu Starej Dravy”. Uznałam, że jednak muszą być obecni ludzie, bo też do tego świata należą, czynnie go przekształcając. Kovacic na tym obrazie starał się ująć codzienność. Na pierwszym planie widać pracujących rybaków, dzielących się swoim łowem. W kulturze chorwackiej wspólne posiłki, relaks i praca to bardzo ważne czynności. Często powtarzają: To co na stole, jest wspólne wszystkim, bądź: Wszystko, co domowe najlepsze. Praca decyduje o człowieku, a ma ona wymiar duchowy. Człowiek dzieli się z naturą. Wie, że za każdy podarek odwdzięczy się ona kilkakrotnie, dlatego „Sve domace najbolje”. Jeśli ktoś jest pracoholikiem to równie źle patrzy się na niego, jak na lenia. Malarz przedstawia tu to, co ceni – umiar, jaki powinna zachować ludzkość komunikująca się ze światem. Każda czynność wykonywana jest z perfekcją, uwagą i kontemplacją. Nie jest to zwykła, prymitywna znajomość natury wieśniaka. Sielankowość i obecny naturyzm związany z akceptacją siebie oraz innego sugeruje całkowite otwarcie. Obraz powstał w 1996 roku, dwa lata po oficjalnym zakończeniu wojny domowej dawnej Jugosławii. W 1995 roku, jego rodak Ante Gotovina dokonał operacji na Serbach, za którą skazano go dopiero 15 kwietnia 2011 roku w Hadze na 24 lata więzienia pod zarzutem ludobójstwa. Bratobójcza rzeź nie mogła być obojętna dla kochającego swoją ziemię Kovacica, czego skutki widać na nowszych dziełach, na przykład „Jama”. Sam artysta przyznaje, że nie potrafi się spełnić. Na prawie wszystkich obrazach występuje burza kolorów, a raczej ich „przekwit”. Odbiorca nie wie na czym zawiesić wzrok. Nie wie też jaka to pora roku, ani dnia. Obok soczystych liści kwiatów, oswojonych zwierząt, kryją się między konarami drzew, mroczne zakamarki, z których jakby coś patrzyło na zewnątrz – poza obraz. Bohaterowie obrazu są przyzwyczajeni, jednak obcemu nie łatwo jest zrozumieć ten kontrast pomiędzy fantastycznym urokiem kraju, a ichniejszą rzeczywistością, w której demon spośród konarów – wypuszczony kąpie się we krwi.
Świat przedstawiany przez Kovacica jest najbardziej przejrzysty z pozostałych chorwackich malarzy naiwnych. Jest też najbardziej pogodny – lecz tylko pozornie. Każde z poszczególnych istnień obrazu zna sytuację drzewa z dzieła „Cierpiący dąb” Nikola Vecenaja Leportinova – jednego ze znajomych omawianego malarza. W świecie tym nie ma równych, ani wyraźnych horyzontów. Na każdym obrazie Kovacica głębia obrazu nie ma końca, krajobraz na każdym planie zmienia się – czasem radykalnie. W końcu Chorwacja mieści się w dwóch strefach klimatycznych, a legenda jej powstania zdaję się prawdziwa. Otóż Bóg tworząc świat zapomniał o Chorwatach. Kiedy zwrócili się do niego z pretensją, ten oddał im resztki z całego świata, dzięki czemu powstała niezwykle zróżnicowana ziemia. Rzeczywistość „Na wybrzeżu Starej Dravy” ukazuje jak malarz przeżywa to bogactwo przyrody, jak świat wdziera się w niego i jak bardzo świadomy jest twórca jego przemian.
Trudno pisać o Mijo Kovacicu, bo ten jeszcze żyje i zadręcza się dziełem swojego życia, którego wciąż nie osiągnął. Może nastąpi to po wejściu do Unii Europejskiej, kiedy ta zabierze mu to, co po dziesięciu wiekach zaborów na chwilę zaistniało nie zdążywszy jeszcze zaleczyć ran.

*

„Jam jest Pan Bóg Twój, który dał Ci wolną wolę. I co z nią zrobiłeś?”. Taki tytuł nosi książka skazanego z AŚ Wejherowo. Słowa te uderzyły mnie, a dostępne fragmenty treści jeszcze bardziej. Zaskoczona byłam stylem oraz ‘uziemioną’ ekspresją słów pisarza.

Gdy zobaczyłam kolejny raz wystawę sztuki więziennej wokół ‘studni’ na holu WNS, byłam ciekaw co znów wykombinowali organizatorzy konferencji. Nie wiem, co mi ów ‘Bóg’, czy raczej ‘sumienie’, co traktuje się jak słowo boże wypisało na twarzy, że to cholerne więzienie łazi za mną od kiedy pamiętam. Jak chcesz poznać więźnia, to wyjdź z K. – żartują znajomi. Jeśli mam kiedykolwiek siedzieć, to już mogę – póki nie mam nic do stracenia. Tak, tylko o to chodzi, by mieć…

Dwa lata temu próbowały przekazać tą możliwość straty, słuchaczom więźniarki z Grudziądza. Do komunikacji posłużyły się teatrem. Konferencja dotyczyła wówczas praw kobiet. Wśród całej wiwatującej na stojąco audiencji na auli nie wstałam tylko ja i mój dobry znajomy. Jak zwykle rozumieliśmy się bez słów. Obydwoje zaznaliśmy zła, a u większości skazanych aktorek ujrzeliśmy poczucie niewinności, a nie winy. Szukały zrozumienia w dokonanych czynach, a wychowawczyni bezmyślnie im dopingowała. W treści spektaklu determinacja wywierana przez psychopatów na jednostki nie pokazywała winy – ewentualnie przyzwolenie za sprawą milczenia. Słusznie przekazały: Idźcie drogą prawa, zanim do nas dołączycie. Lepsze to, niż bezmyślne zabójstwo. Za to należały im się oklaski. Za dobrą pracę zresztą też. Resocjalizacja to nie łatwa sprawa, jeżeli w ogóle istnieje.

Rok temu odbyła się konferencja ku pamięci działalności Henryka Machela. Nie byłam na niej, jednak wystawa, również pań z Grudziądza, specjalnie mnie nie zauroczyła. W internecie można znaleźć lepsze amatorskie prace.

W tym roku co innego. Z początku nie chciało mi się nawet podchodzić, ale zrobiłam to. System penitencjarny działa na mnie jak magnes – na odwrót zresztą też. Tegoroczna wystawa zachwyciła mnie co najmniej trzy razy. Upodobałam sobie dwa obrazy (jeden pozytywny, ciepły i piękny, drugi okrutny, mroczny i surrealistyczny) oraz ów tekst, o którym wspomniałam na początku.

Co zrobiłeś z wolną wolą, którą Ci dałem?  – powiada Bóg do skazanego leżącego w śniegu. Pisarz dokonuje sprawozdania, spowiedzi przed własnym sumieniem, które – jak zaznaczył - odzywa się tylko raz. Przybiera ono we wspomnieniach autora stylistykę biblijną. Skazany nie jest Mojżeszem, Abrahamem, ani żadnym z tych bohaterów – to każdy z nas.

Jako trzynastolatka, bez niczyjego wpływu, ani spontaniczności nawróciłam się na neopoganizm. Spokojnie! Odeszłam od tego, a New Age’u nigdy nie lubiłam. Jedną z zasad, która ukształtowała moje obecne rozumowanie jest mimo wszystko:  Czyń swoją wolę, póki nie krzywdzisz nikogo. Wynika z tego, że jesteśmy zdeterminowani nie tylko przez prawa naturalne, prawo przyczyny i skutku, konieczność śmierci, lecz również sumienie cudze i własne. Chrześcijaństwo podaje na tacy gotowe normy moralne. Neopogaństwo stawia człowieka na równi z Bogami – razem tworzą moralność. Pisarz-skazaniec, z tego, co zdołałam przeczytać nie obwinia Boga, lecz siebie za nadużycia wobec metaprawa. Jego podejście nie wyrażało żalu za utraconym Rajem po śmierci, lecz za życia. Ten Raj można stracić nie tylko za sprawą zbrodni. Jest mnóstwo sposobów: gonitwa za sukcesem, wyścig szczurów, sztafeta po trupach, duchowa ślepota (dlaczego nikt nie skategoryzował nigdzie tej ostatniej choroby?).

Czy myślałeś kiedykolwiek o zabójstwie? Z ciekawości? Z konieczności? Co podpowiadał ci głos wewnętrzny? Strach? Przestrogę przed prawami ustanowionymi przez ludzi? Ufasz im? Mnie powiedział raz i ostatecznie: Po chuj Ci to? Nie zabijaj siebie, ani innych. Żadne z was nie jest tego warte. Mało jest zbrodni na świecie? Możesz sobie popatrzeć na inne, jak już zachodzą i uczyć się na cudzych doświadczeniach.  A wyobraźnia? Jak jesteś inteligentny, to ci wystarczy.

Wolnej woli nie ma. Operujesz na mapie, którą ci dano. Nie musisz chodzić po ścieżkach, ale nie musisz też niszczyć każdej przeszkody na drodze – też ma prawo bycia.  Wola je st autonomiczna – nawet w tym zakłamanym chrześcijaństwie. Wolna! Hahaha! Kto jest wolny? Jak?

Następnym razem, gdy podejdę do gablotki z rękopisem, potrząsnę ją tak, by zobaczyć więcej treści, bo wart jest przeczytania, a nie tylko wyeksponowania.

Co zrobiłeś ze swoją wolą?  – Nic specjalnego. Może trochę nadużyłem własnego potencjału…

Nadwyrężone stawy nie spełniają swojej funkcji.

Miał na imię M.

 

 

Miał na imię M. Jest to bardzo popularne imię na terenie całych Bałkan. Jeśli ktoś nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia to jest takim samym idiotą, jak ci, co wierzą w szczęściorodną moc pieniądza oraz w uczucia nie dłuższe niż dwa lata. Po doświadczeniach z branży erotycznej oraz wstępnych studiów filozofii utwierdziłam się w starych przekonaniach, które niemalże zamilkły na dwa lata.

Idioci… tak idioci! Pieniądze szczęścia nie dają. Są dobrym środkiem do spełnienia pragnień nawet tych ułatwiających drogę do szczęścia – jednak nie jedynym, ani koniecznym środkiem. Ci, co uważają inaczej prawdopodobnie nigdy nie dorobili się nagle dużej sumki, nigdy jej nie mieli lub mają od zawsze (nie mają oni porównania, bez względu na pojęcie wartości pieniądza). Jeśli jest inaczej niż mówię, to nie zaznali szczęścia, o którym pisałam już wcześniej. Miłość nie dłuższa niż dwa lata zachodzi właśnie wśród takich typów. Kochać potrafią tylko uduchowieni, w tym artyści znający różnicę między pięknem (także sensem w brzydocie), a pożądaniem śliczności oraz zbrodni.

Miał na imię M. Teraz mogę mówić o nim bez wstydu i bez skrupułów.  Przyznaję się – kochałam moje wyobrażenie o nim. Zresztą wciąż kocham, tylko już inaczej. Zdaję sobie sprawę ze swojej winy. Moja pierwsza miłość, tak jak większość pierwszych miłości, była bezinteresowna. Znaczy to dokładnie, naiwna – dzieci kochają tak swoja matkę. Skoro bezinteresowna, naiwna, to nie prawdziwa. Pierwsza miłość nie jest jedyna i nie jest prawdziwa. Oskarżasz mnie o argumentację opartą na wyobrażeniu. Coś w tym jest – znałam go dwa dni, a kochałam ponad trzy lata, yhmm… może cztery. Przez dwa lata nie chciałam nikogo innego, a trafił się J. oraz I. Zakochałam się w człowieku, którego nie znałam. Nie należałam do tych, co dorastają wraz z obiektem uczuć.

M. był moją obsesją. Nigdy nie myślałam o nim w kontekście erotycznym – nigdy… Jedyny taki przypadek. Długo pamiętałam jego zapach i smak ust, po trwającym kilka sekund pocałunku, ale kochałam jego charakter. Dlatego mogę o nim mówić – już nie boję się spotkania. Nie czułabym zazdrości widząc jego szczęście z inną. Nawet już go nie chcę. Nie tylko dlatego, że odstrasza mnie ból jego nieobecności. Dn. słusznie postąpił zabraniając mi nawiązania kontaktu z nim. Wiedział co robił jeden z ludzi, którzy obdarzyli mnie szacunkiem większym niż kiedykolwiek nań zasłużyłam. Odzyskałam odwagę.

Po krótkiej obserwacji M., pomyślałam „To jest to”. Moja pewność oparta była na wewnętrznych ideałach. Świadomość nie ukrywała przede mną faktu, że nie jest on jedynym odpowiednikiem moich ideałów na świecie. Rozum wstydził się irracjonalności. Dlatego dopiero teraz – i to nie spontanicznie – przyznaje się do winy. Kochałam. Dlaczego? Gdybyś widział jego głębokie, enigmatyczne oczy, trwał w jego pełnym znaczenia milczeniu, widział jak obraca w elastycznych palcach szklankę z winem, uśmiecha się lekko, ironicznie kryjąc własną zdolność widzenia, słyszał jak śpiewa „Wonderwall” Oasis… Gdybyś w wyniku głupiej zagrywki zrozumiał, że już nigdy nie zobaczysz kogoś kogo zawsze chciałeś spotkać i że ten ktoś odejdzie ot tak, jak wszyscy jego poprzednicy…

Pierwsza miłość nie jest prawdziwa, bo nie wymaga poświęceń dojrzałych ludzi, bez porównania nie ma też ugruntowania w pewności. Kiedyś poznałam w pociągu człowieka, na którego żona czekała czternaście lat. Rozmawialiśmy sam na sam przez co najmniej pięć godzin i chyba nigdy potem nie poznałam nikogo silniejszego.

M. był Chorwatem i Duch jego kraju przemawiał do mnie przez niego. Czując Ducha, czułam i jego, patrząc na góry, patrzyłam na niego, pijąc wino, piłam jego krew. Był dzieckiem wojny, tak samo jak Dn., który uronił przede mną wojenne łzy. Nie zasłużyłam na nie. Czułam się fałszywa, pijana, „zachodnia”, jak kiedyś, gdy sypiąc cukierki w dłonie lwowskich dzieci, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie równej mi wiekiem bezdomnej: A nie masz kanapek?

Kochałam moje wyobrażenie o M. i to była moja pierwsza miłość – fundament pojęcia każdej następnej, przenikającej każdy pierwiastek życia, istnienia, mnie, fundament miłości wyidealizowanej. Na tej podstawie ustanowiłam trzy zasady: 1/. Chcę być kochana tak jak mój dziadek kochał moją babcię, mój ojciec-matkę, a brat-dziewczynę, 2/. Chcę być lojalna i niezależna jak moja siostra, 3/. Chcę kochać tak, jak śpiewa o tym Kora w albumie Hotel Nirvana.

Zaślubiny z Duchem Chorwacji oraz francuskie wychowanie erotyczne pomogły mi przejść przez trzyletni, samotny spacer po plaży piaszczystej.  Mogę być sama lub z drugą kobietą. Spotkałam dziś fajną lesbijkę w Leclercu. Umówiłabym się z nią, gdyby akurat nie pracowała :) .

Niewinność

Winność to posiadanie winy za dokonany czyn, bycie autorem czynu lub myśli. Po-winność jest ukierunkowane na jakiś cel, obowiązek niekoniecznie związany z sukcesem. Nie-winność natomiast to nic innego jak usprawiedliwiony brak jakiegoś działania i obowiązku. Nie ma kogoś całkowicie niewinnego, a jedynie niewinnym jest się czegoś. Znika ten stan wraz z uzupełnieniem braku. Najczęściej oskarża się zło, które zaburza dotychczasowy status quo. Jest ono twórcze . To nie chrześcijański brak dobra, tylko aktywność, przekraczanie tak śmiałe, że czasem śmiertelne. Otwarcie. Wieczny stan niewinności to stagnacja.

Jak dużo jej posiada człowiek i jak często może ją tracić! Niewinność ucieka wraz z wiekiem i  albo trzeba to kryć – jak pierwsze zmarszczki – pod nazwą grzechu, albo zaakceptować stając się coraz silniejszym. Nie bać się rozmowy z byłymi skazanymi złodziejami pociągów, ani odbijać „pieprzący” wzrok „łysego” z przedłużonymi nożem ustami. Już wszyscy jesteśmy skalani.

Granica między Białym, a Czarnym Łabędziem jest cienka – może właśnie zbyt cienka, bo większość popada w skrajności. Trzeba przecież odnaleźć to nikłe pasmo granicy – ruchomej granicy.  Być nie-winnym zła, ani dobra, bo wszystko to iluzja.

Zmęczenie Orfeusza

Muzyka to … małe źródełko dla tych, którym brak słów. Dla wspomnienia o dziecku. Dla uderzeń szewskiego młotka. Dla stanu, który poprzedza dzieciństwo. Kiedy nie zna się jeszcze oddechu. Kiedy nie zna się światła.1 Ponoć muzyka przyciąga zmarłych do świata żywych niczym syreny żeglarzy swoim magicznym śpiewem. Dotyka ona świata duchowego, lecz niestety nie posiada mocy materializacji. Materia przemija wolniej niż duch i dlatego właśnie na jej poziomie można zostawiać ślady dowodowe. Tak było w przypadku mistrza violi de Saint-Colombo z książki Pascala Quignard’a Wszystkie poranki świata. Jedyną jego możliwością nawiązania kontaktu z ukochaną zmarłą żoną była gra na wiolonczeli. Później kobieta znikała pozostawiając tylko okruchy przygotowanego poczęstunku. Wszystko odbywało się w trakcie tworzenia muzyki – nie przed, ani po zakończeniu. Również mityczny mistrz gry na lirze, Orfeusz, przekonał za sprawą swoich umiejętności bogów śmierci do oddania mu żony Eurydyki. Muzyka dotyka najsubtelniejszych części duszy człowieka, a może i świata. Potrafi bowiem zmienić strukturę wody. Nie ma jednak mocy materializacji – prawdopodobnie dlatego Orfeusz, symbolizujący muzykę samą w sobie, odwrócił się tuż przed bramami Hadesu, łamiąc obietnicę daną bogom. Taka była jego natura.

Człowiek boi się tego, co konieczne, a to zaś jest najbardziej pewne – jak śmierć. Jakakolwiek udana próba przybliżenia się do niej, daje poczucie boskości – niestety tylko chwilowe. Jedną ze sztuk potrafiącą uwieczniać chwile, jest malarstwo i właśnie za jego sprawą Syrr Chirico, twórca malarstwa metafizycznego (pittura metafisica), przedstawił ludzką stronę geniusza. Obraz Zmęczenie Orfeusza, jak sam tytuł wskazuje, ujawnia nam kolejną słabość mitycznego artysty – rezygnację po całkowitym oddaniu się sztuce i nieudanych próbach materializacji pragnienia. Prawa dłoń siedzącej na grafitowym bloku postaci powykrzywiana jest od bólu po długotrwałej grze. Ułożona w dwuznacznym geście odrzucenia leżącego na ziemi instrumentu, bądź próby sięgnięcia po niego, różni się od drugiej, spoczywającej na bloku. Muzyk pochyla przy tym głowę w przeciwną stronę. Rezygnacja, czy niechęć? Trudno stwierdzić przy braku twarzy. W sytuacji tworzenia, artysta jest anonimowy. Sztuka mówi przez niego, nie na odwrót. Liczy się to, co i jak tworzy. Duchy nie podążają za grymasami, lecz za dźwiękami, które ucichły na tym obrazie. Ucichły też ulice, miasto z trzeciego planu oraz starożytny gwar straganów. Jest ciepło, dzień zbliża się ku końcowi. Atmosfera gęstnieje.

Chirico nie przedstawia Orfeusza jako silnego, pięknego młodzieńca hasającego po lasach, a raczej zmechanizowanego człowieka, którego konstrukcje nie tylko osaczają, lecz tworzą. Czuć przez to nawiązanie do apollińskiego, perfekcyjnego geniusza, matematyki, proporcji…. Wszystko to tylko pusty teatr z jednym, zrezygnowanym aktorem. Żadną miarą nie zmierzy uczuć, nie zmieni „stanu skupienia” eteru. Wszystko, co miał oddał sztuce, a z człowieczeństwa pozostały mu tylko podudzia, na których stoi oraz ręce do grania. Reszta jego ciała to już maszyna – na nic mu mieczyk przy lirze, zbroja i piękne szaty. A jednak to, co stworzył, to, co z niego wychodzi, trzyma go jeszcze przy życiu, jeszcze siedzi prosto i może zaraz zacznie grać.

Nad miastem w oddali góruje wieża i nawet ona – zdaje się – milczy. Kamienie, w których zaklęta może być Eurydyka, leżą czekając na dźwięki. Wszystko wokół jest martwe i puste. Tylko z jednej strony pada na Orfeusza żywe światło wprawiające obraz w ruch. Z drugiej zaś znajduje się odsłonięta kotara. Spektakl jeszcze nie zakończony…

Zmęczenie Orfeusza Chirico jest dość nietypowym obrazem. Nic dziwnego, skoro styl malarza stał się inspiracją dla surrealistów takich jak Salvador Dali, czy Rene Magritte, a Yves Tanguy zobaczywszy jego obraz wyskoczył z jadącego tramwaju i został odtąd malarzem.  Wcześniejsze obrazy nawiązujące do mitu o Orfeuszu, przedstawiały historię bez specjalnej, międzywierszowej interpretacji. Można by powiedzieć, że ilustrowały mit. Jedne z ciekawszych dzieł to z pewnością Orfeusz i Eurydyka Edmunda Dulaca oraz Dziewczyna niosąca głowę Orfeusza na lirze Gustava Moreau. Nie są jednak one tak nowatorskie jak obraz Chirico, bo przedstawiają los postaci – nie muzykę, jej matematyczne prawa, anonimowość twórcy…. Są wręcz komercyjne posługując się uczuciem rozpaczy, z którą wrażliwy odbiorca chętnie się utożsamia. Nie ma w nich po prostu zmęczenia, codziennego stanu przed błogim snem lub śmiercią.

1P.Quignard Wszystkie poranki świata, przeł. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, str. 81

*

Dziś wstałam z gwałtownym płaczem rozluźniając pięść w gardle, która dusi mnie od prawie miesiąca. Płakałam nie mogąc znieść głupoty, idiotyzmu i okrucieństwa ludzkości. Tak bardzo ich nie toleruję. Nie rozumiem jak ludzie mogą być tak wypaczeni z poczucia godności. Naprawdę nie chcę żyć w tym chorym świecie.

Widziałam wszystkie okrucieństwa i bezczelności jakie mnie spotkały, jakich sama się dopuściłam, jakie działy się na moich oczach i poza nimi.

Płakałam jak bóbr trzymając się oburącz za głowę, targając włosy i wydmuchując nos. Niemalże połykałam łzy rozcierając je po twarzy. Wiłam się i kurczyłam. Nie mogłam znieść niesłuszności uczynków tego świata, a w tym bólu czułam się sama z konieczności.

Płakałam, a świat się śmiał trzęsąc brzuchem pełnym ważności ludzi: dom-praca-dom, samochód, prestiż, ideologia, praca dyplomowa, tytuł, kupa forsy, śmieszne miłości, ruchanie, wódka, moda, wczasy All Inclusive, sąsiad, awans i bycie kimś.

 

O początkach i nadzieji w Gdańsku

[Gdańsk, 11 lipca 2008] Jestem w Gdańsku. Już od pierwszego momentu budziły się we mnie wzruszające wspomnienia. Spojrzałam z tunelu na główne wejście do dworca i nałożyła mi się na ten widok wizja tego samego z dnia 15 sierpnia 2007. [...] Idąc potem ulicą Długą, Długim Targiem i wychodząc Bramą Zieloną nad Motławę dotarłam do miejsca, gdzie lubiłyśmy z dziewczynami przysiadywać na belce pod murkiem. Po drodze przypomniałam sobie ostatnie spotkanie z Jonasem. Nad moją głową grała romańska dziewczynka na akordeonie. Ktoś podszedł i gniewnym, męskim głosem warknął Idź stąd! Za harmonię cię złapię i z harmonią wylecisz do wody! Idź stąd! Dziewczynka na chwilę ucichła, po czym nieśmiałym ruchem zaczęła grać dalej. Ręce jej drżały, ale grała smutną pieśń. Podszedł ten sam chłopak i znów ją uciszył słowem Wypierdalaj!, po czym rzucił ją chamsko groszem i odszedł. Romanka burknęła coś i ucichła.

Siedzę teraz w mojej ulubionej kawiarni Cico. Kiedyś, gdy uciekłam od dziewczyn z więziennego apartamentu, udałam się tutaj. [...] Zajęłam nawet to samo miejsce. [...] Jest ukryte, dla dwóch osób, przytulne i z widokiem na Kościół NMP. Zdaje się, że jego mury sięgają nieba, a wieże dziurawią chmury, które właśnie zalały ulicę Piwną obfitym deszczem. To nie łzy, to wieloryb skoczył ponad wodę niebiańskiego morza chlapiąc wszystko wokoło. Może też to być wodne łóżko katolickiego Pana Boga, którego własne budowle kłują w tyłek. Lubię ten kościół. W letnią noc tonie on w bezkresie ciemności usianej gwiazdami, a dolne reflektory próbują bezskutecznie stłumić ich blask [...].

[Park Oliwski] [...] Chciałabym opisać alejkę, w której siedzę, ale kurwa nie da rady. [...] Cudo po prostu. Jakieś drzewa podobne do egzotycznych, albo czereśniowych tworzą tunel wszelakobarwnej zieleni, brązu i złoci. Gałęzie i liście drzew formują promienie słoneczne w koła i owale mieszając je z kolorowymi, prawie jesiennymi liśćmi. Asfaltowy chodnik usiany jest złotymi gwiazdami tych kół i liści. Stąpamy po niebie. Chłodny, orzeźwiający wiatr przemyka między ciałami drzew, rozmawia szeptem z potokiem płynącym wzdłuż alejki. Krystaliczna woda wdzięcznie odbija blaski zielonego tunelu i srebro nieba. Jej dno usiane raz sawanną traw i suchego piachu, raz puszczą glonów. Refleksy słońca odbijane wodną taflą tańczą rytmicznie, lecz z nutą łagodności w listowiu. Zdaje się, że tworzą muzykę współgrającą z szumem, a wiatr dzwoni falując złotem i zielenią bez litości. To tak, jakby otaczały mnie bursztynowe dzwoneczki i pajęcza zasłona, która okalając aleję od strony wody, falowała w rytm ruchu wszechświata, albo jakby sama energia miłości i srebrna aura roślin spływała po drzewach jak delikatny, aczkolwiek bystry wodospad.

Gwiazdy tańczą nawet na przechodniach! Uśmiechnęłam się do niemowlaka z wzajemnością. Aleja zdaje się przybierać na prędkości, która nie wybija rytmu z harmonii. Nad srebrną taflą przeplataną złotą nicią promieni wirują roje owadów i pyłki odbijające światła powierzchni pod ich ciałami. W samym tunelu pędzą małe stworzenia, motyle i muchy  jak wspomnienia drogami mózgu, czy inkarnujące dusze do narodzin lub śmierci. Tu nawet energia wiruje. Co za miejsce! Słońce wspina się po pniach, które mimo zdeformowanych kształtów nie gubią formy światłocieni. Żaden malarz, ani artysta by tego nie ujął. Ruchu nie można utrwalić. Kamerzysta nie zachowałby zapachu, ani wiatru, ani ciepła, ni wilgoci. Każdy utwór muzyczny grany na żywo jest jednorazowy. Teatr… tak bardzo chcę to komuś pokazać!

[...] Ludzie są jak gołębie. Myślą tylko, by się nażreć i poruchać. Symbol pokoju? Wścibstwa i gówna. Żaden ptak nie sra tak obficie jak te spasłe. Do tego depczą i jedzą we własnych odchodach, a my się zachwycamy. [...] Gdy nastąpi wypadek ludzie skupiają się wokół w postaci gapiów z tym samym wzrokiem i w tej samej formie, co zgraja gruchaczy przy krakowskim obwarzanku. Siadają nawet ludziom na parapetach i gapią się w okno pogruchując przy-głupawo.  Skrzydła są im tylko po to, by wiać z oczami poza orbitą przed wrzeszczącym trzylatkiem. Słyszałam o chłopaku, który nawet po zakończeniu pracy tępiciela tych spaślaków strzelał do nich z wiatrówki i innych przedmiotów za każdym razem, gdy któryś nawinął mu się pod nogę.

Stoją tak bezczynnie strosząc pióra – jeden grubszy od drugiego. Podoba mi się, jak przedstawił je Sylvian Chomet w La Vieille Dame Et Les Pigeons. Teraz się gonią nad zbiornikiem wodnym przy głównej bramie do parku. Jeden niedopasiony gapi się na mnie żółtym okiem. Pewnie chce zeżreć ołówek, którego przed chwilą używałam. Po mojej lewej inna banda sraczy robi wyścig z buta do pobliskiej ławki, na której siedzi pani, której tuszy również nie brak. Nie chcę być chamska, ale wnioskując po wiejskim stroju i fryzurze też może podzielić się nimi wścibskością.

Jak mi się humor włączył, to jedziemy dalej. Ludzie mają nawet ruchy i nosy, jak gołębie. Szybki manewr głów córki i matki w jedną stronę ukazujący spiczaste, skierowane ku dołowi nosy dostojnych, rzymskich sraczy. O! Uwaga… wojna kafek z gołębiami na wprost mnie pod drzewem nad stawem. Grubasy dominują. Rzucone w wir zachłannego apetytu wypchnęły nieświadomie z kręgu panów w garniturach. Szare bezguście dominuje – kolejna alegoria. Ktoś je karmi, a one kotłują się jak karpie w Ogrodzie Gaudi’ego. Najchętniej zadeptałyby swoją miłość życia sprzed dwóch minut. Co za kultura na imprezie! Kto pierwszy ten lepszy – prawo dżungli u gołębi. No proszę, są światowe – w końcu ogród botaniczny nieopodal. Jak muchy przy gównie. Kotłownia. Wydeptały krąg w trawniku, jak świnie przy korycie. Zbierają ziarno z taką zachłannością, jak koło gospodyń wiejskich regionalne plotki. O! Jeden elegant zna się na modzie – jest szczupły i czarny, ale to bez znaczenia. Gołębie lubią z brzuszkiem. To jak Polki z mężami z kiełbasą i piwem w rękach. Jednemu się pojebało i ugryzł liść, po czym wypluł z obrzydzeniem otrząsając główkę. Ludzie też się wczuwają, nawet przyjmują takie same pozy przy karmieniu jak ptaki: kucają wypinając tyłek i ze zgiętymi w łokciach rękami łamią chleb ruszając się jak sracz przy puszeniu. A oczy? Tak samo wytrzeszczone z ciekawości. Ludzie prędzej zachowują się jak zwierzęta, niż zwierzęta jak ludzie.

[punkt widokowy] [...] Na szczęście znalazłam sobie dogodne miejsce na trawie z widokiem na panoramę: ogromne żelastw stoczni, bogate zabytki miasta, drogę, wieżowce, most wiszący, niebo, ptaki, samoloty i morze… Idę spać.

Tutaj nawet spać nie można. Nawet chmury są szalone. Ciemnoniebiesko-szary aksamit zakręca wir w stronę morza stykając się z chmurkami pierzastymi i kłębiastymi, a pod tym aksamitem burzy się podarta chmura sięgająca prawie samych maszyn stoczni, wyciąga swe ramiona jak smok, by je pożreć. Zaczyna kropić…

[...] Później na chwilę pojawiło się słońce malując fragment tęczy nad panoramą, by następnie zniknąć pod burzową zawieruchą i grzmotem.

Czekałam jeszcze godzinę we wszystkim miejscach na dworcu [...].

Salomy śmierć w wodzie

Chodziłam po balu – takim jak z baśni – choćby z „Kopciuszka”. Nie był to jednak królewski bal. Nie było tam bogatych organizatorów, straży w zbrojach, rycerzy, ani dam dworu. Gościli na nim ludzie ze wszystkich możliwych sfer – ci potępiani i ci wielbieni, intelektualiści oraz prostacy.

Przy głównej sali ze sceną dla orkiestry, parkietem, sofami i jadłem znajdował się czerwony pokój, gdzie siedziały prostytutki. Nie musiały pracować, lecz chciały. Taka okazja! Żołnierze przyjechali – jeszcze w brudnych mundurach, zarośnięci i spoceni.

Siedziała w tym czerwonym pokoju prostytutka nieśmiała jak na swoją urodę. Smukła, czysta, ze złotymi lokami sięgającymi pasa. Lubiana wśród dziewcząt, lecz rzadko brana przez klientów. Jeden z żołnierzy, niezwykle mocno rozbudowany i wysoki wybrał właśnie tą najskromniejszą. Cieszyła się z atrakcyjnego klienta i że nie została sama tym razem. Ten zaś, zanim udał się z nią do hotelowego pokoju na piętrze, umył się ubrał w smoking i wyprostował posturę ciała zmieniając w gentlemana. Jak oni pięknie wyglądali! Dostojnie, królewsko – dziwka i żołnierz.

Znalazłam się w tunelu kanalizacyjnym pod hotelem. Tylko szczury mieszkają w tym wilgotnym podziemiu, a wojenni konspiranci walczą o prawa. Złotowłosa prostytutka chciała się w nim schronić przed prawdziwym obliczem żołnierza. Dopadł ją brutalnie gwałcąc w brudnej, kotłującej się różnymi strumieniami wodzie. Powiększał ciało do rozmiarów monstrum naprężając mięśnie, a ona malała w jego ramionach. Wiedziała, że przegrała, lecz do końca milczała nie zdradzając cennej informacji, którą próbował od niej wydobyć. Wyrywał jej garściami włosy, przygniatał, przyduszał, ale nie bił. W końcu doświadczając w gwałcie silnego orgazmu, wrzasnęła rozpaczliwie wyprężając się ku górze… wyżej i wyżej… ponad nim, aż padła sztywno do wody. Martwa.

Na sali goście zasiedli przy suto zastawionych stołach. Srebrne jak księżyc sztućce, mleczna porcelana, obrusy wykończone  białymi haftami. Potężne żyrandole świeciły złotem. Muzycy stroili skrzypce, wiolonczele, kontrabasy. Zaczęto podawać do stołu główne dania. Kelnerzy niczym baleciarze sunęli między krzesłami. Proszę. Smacznego. Nie chciałam jeść przeczuwając ogłupiającą umysł truciznę dań. Nieopodal siedział na sofie około czterdziestoletni intelektualista. Patrzył z lekkim rozbawieniem na resztę obecnych. Ubrany był w rozmemłany garnitur, a twarz okalały mu brązowe loczki. Miał niezwykle żywe oczy, momentami szalone, których szaleństwo potęgował ironiczny uśmiech.

W głównych drzwiach do sali,  na tle schodów prowadzących do pokojów hotelowych pojawił się duch zgwałconej prostytutki. Fragmenty poszarpanej garderoby oklejały jej górną część tułowia. Kapiąca z niej woda nie zostawiała śladów na bordowej wykładzinie, a ciało w żółtym świetle lamp korytarza przypominało krwistą plamę. Wyciągnęła w milczeniu ku gościom planszę z rozkładem kart tarota obracając się zarazem wokół własnej osi. Miała powyrywane włosy na całej płaszczyźnie głowy. Z pozdzieranej skóry wisiały tylko krótkie kosmyki włosów z ocalałych jej resztek. Stanęła ponownie frontem do sali, odwracając w palcach planszę poziomo na nice i pokazując inny, równie skomplikowany rozkład. Pamiętam kochanków, śmierć i wieżę głupców. Zniknęła.

Zbladła i drżąca po paraliżującym strachu odwróciłam się dyskretnie sprawdzając czy kogoś jeszcze uderzyła ta wizja. Wszyscy zajęci byli jedzeniem i zdawałoby się, że nie ma nikogo takiego. W powietrzu unosił się zapach pieczonej kaczki faszerowanej słodkimi owocami, gotowanych warzyw i wina. Muzycy zaczęli grać.

- Widział Pan to samo co ja? – spytałam intelektualistę z sofy dostrzegając zainteresowanie z jego strony moich zachowaniem.

- Tą prostytutkę? Tak. A Pani co widziała?

- Była martwa i pokazywała nam karty tarota.

- Tak? – zaciekawił się. – A ja widziałem jej ciało całe zamalowane dziwnymi znakami. Nie znam takich. Muszę to sprawdzić!

Sen zmienił treść lub obudziłam się. Nie pamiętam.

Previous Older Entries

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.