Miał na imię M.
12 maj 2011 Dodaj komentarz
in elektroniczno - pamiętnikowy papier toaletowy Tagi: miłość
Miał na imię M. Jest to bardzo popularne imię na terenie całych Bałkan. Jeśli ktoś nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia to jest takim samym idiotą, jak ci, co wierzą w szczęściorodną moc pieniądza oraz w uczucia nie dłuższe niż dwa lata. Po doświadczeniach z branży erotycznej oraz wstępnych studiów filozofii utwierdziłam się w starych przekonaniach, które niemalże zamilkły na dwa lata.
Idioci… tak idioci! Pieniądze szczęścia nie dają. Są dobrym środkiem do spełnienia pragnień nawet tych ułatwiających drogę do szczęścia – jednak nie jedynym, ani koniecznym środkiem. Ci, co uważają inaczej prawdopodobnie nigdy nie dorobili się nagle dużej sumki, nigdy jej nie mieli lub mają od zawsze (nie mają oni porównania, bez względu na pojęcie wartości pieniądza). Jeśli jest inaczej niż mówię, to nie zaznali szczęścia, o którym pisałam już wcześniej. Miłość nie dłuższa niż dwa lata zachodzi właśnie wśród takich typów. Kochać potrafią tylko uduchowieni, w tym artyści znający różnicę między pięknem (także sensem w brzydocie), a pożądaniem śliczności oraz zbrodni.
Miał na imię M. Teraz mogę mówić o nim bez wstydu i bez skrupułów. Przyznaję się – kochałam moje wyobrażenie o nim. Zresztą wciąż kocham, tylko już inaczej. Zdaję sobie sprawę ze swojej winy. Moja pierwsza miłość, tak jak większość pierwszych miłości, była bezinteresowna. Znaczy to dokładnie, naiwna – dzieci kochają tak swoja matkę. Skoro bezinteresowna, naiwna, to nie prawdziwa. Pierwsza miłość nie jest jedyna i nie jest prawdziwa. Oskarżasz mnie o argumentację opartą na wyobrażeniu. Coś w tym jest – znałam go dwa dni, a kochałam ponad trzy lata, yhmm… może cztery. Przez dwa lata nie chciałam nikogo innego, a trafił się J. oraz I. Zakochałam się w człowieku, którego nie znałam. Nie należałam do tych, co dorastają wraz z obiektem uczuć.
M. był moją obsesją. Nigdy nie myślałam o nim w kontekście erotycznym – nigdy… Jedyny taki przypadek. Długo pamiętałam jego zapach i smak ust, po trwającym kilka sekund pocałunku, ale kochałam jego charakter. Dlatego mogę o nim mówić – już nie boję się spotkania. Nie czułabym zazdrości widząc jego szczęście z inną. Nawet już go nie chcę. Nie tylko dlatego, że odstrasza mnie ból jego nieobecności. Dn. słusznie postąpił zabraniając mi nawiązania kontaktu z nim. Wiedział co robił jeden z ludzi, którzy obdarzyli mnie szacunkiem większym niż kiedykolwiek nań zasłużyłam. Odzyskałam odwagę.
Po krótkiej obserwacji M., pomyślałam “To jest to”. Moja pewność oparta była na wewnętrznych ideałach. Świadomość nie ukrywała przede mną faktu, że nie jest on jedynym odpowiednikiem moich ideałów na świecie. Rozum wstydził się irracjonalności. Dlatego dopiero teraz – i to nie spontanicznie – przyznaje się do winy. Kochałam. Dlaczego? Gdybyś widział jego głębokie, enigmatyczne oczy, trwał w jego pełnym znaczenia milczeniu, widział jak obraca w elastycznych palcach szklankę z winem, uśmiecha się lekko, ironicznie kryjąc własną zdolność widzenia, słyszał jak śpiewa “Wonderwall” Oasis… Gdybyś w wyniku głupiej zagrywki zrozumiał, że już nigdy nie zobaczysz kogoś kogo zawsze chciałeś spotkać i że ten ktoś odejdzie ot tak, jak wszyscy jego poprzednicy…
Pierwsza miłość nie jest prawdziwa, bo nie wymaga poświęceń dojrzałych ludzi, bez porównania nie ma też ugruntowania w pewności. Kiedyś poznałam w pociągu człowieka, na którego żona czekała czternaście lat. Rozmawialiśmy sam na sam przez co najmniej pięć godzin i chyba nigdy potem nie poznałam nikogo silniejszego.
M. był Chorwatem i Duch jego kraju przemawiał do mnie przez niego. Czując Ducha, czułam i jego, patrząc na góry, patrzyłam na niego, pijąc wino, piłam jego krew. Był dzieckiem wojny, tak samo jak Dn., który uronił przede mną wojenne łzy. Nie zasłużyłam na nie. Czułam się fałszywa, pijana, “zachodnia”, jak kiedyś, gdy sypiąc cukierki w dłonie lwowskich dzieci, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie równej mi wiekiem bezdomnej: A nie masz kanapek?
Kochałam moje wyobrażenie o M. i to była moja pierwsza miłość – fundament pojęcia każdej następnej, przenikającej każdy pierwiastek życia, istnienia, mnie, fundament miłości wyidealizowanej. Na tej podstawie ustanowiłam trzy zasady: 1/. Chcę być kochana tak jak mój dziadek kochał moją babcię, mój ojciec-matkę, a brat-dziewczynę, 2/. Chcę być lojalna i niezależna jak moja siostra, 3/. Chcę kochać tak, jak śpiewa o tym Kora w albumie Hotel Nirvana.
Zaślubiny z Duchem Chorwacji oraz francuskie wychowanie erotyczne pomogły mi przejść przez trzyletni, samotny spacer po plaży piaszczystej. Mogę być sama lub z drugą kobietą. Spotkałam dziś fajną lesbijkę w Leclercu. Umówiłabym się z nią, gdyby akurat nie pracowała
.