Dlaczego przyjęłam ciotki od ukraińskiego nacjonalisty?
07 wrz 2011 Dodaj komentarz
in drepczące stopy, opowiadania Tagi: chotki, ciotki, kultura, Ukraina
- Co to takiego? – Spytałam O’ widząc jak obraca między palcami drewnianą zabawkę podobną do koralików.
Gorące od słońca blachy na wieży lwowskiego ratusza przypiekały mi łokieć. Z dołu ku górze, wzdłuż murów budynku pięła się muzyka cymbał grana przez młodego chłopaka przy fontannie. Skierowani byliśmy w stronę Placu Fedorowa, Podwala i kilku ulubionych knajp.
- Ciotki. Zrobione w tjurmie. To taka zabawka, którą kiedyś złodzieje ćwiczyli zdolności manualne. – Mówił O’ nie przestając przewijać jej przez palce – Masz. To dla Ciebie. Zobacz, tu są czaszki, tu książka, opium, pająk, pik, trefl i svastyka… Wiesz co to takiego, prawda?
-Katjusha… no daj mi numer telefonu…! – Miejscowy pijaczyna Siergiej kopał mnie nogą pod stołem, gdy konsumowałam Lvivskie Żywe w okolicznej spelunie. – No davaj, bud laska, nie bojsa!!
-Alo dzjevchata! – Jeden z dwóch dresów ze stolika obok zaczepiał moje koleżanki. Wszystkie próbowałyśmy rozczytać w milczeniu skład piwa zmęczone kilkunastogodzinną podróżą na Ukrainę. Dotarłyśmy pociągiem, autostopem w chłodnicy oraz marszrutką. – No co wy?! Znajomych bukw szukacie?
- Ej, Romko! – Jeden nachylił się ku drugiemu. – A może one są naniuchane?
Na ramieniu Sergieja uwiesiła się piękna kobieta o ciemnych włosach. Spytała która z nas najstarsza. Wyszłam z nią na dwór, zapaliłyśmy papierosy i zaczęła się gadka.
- Mam rodzinę w Zielonej Górze. Moja babka stamtąd pochodzi. – W oczach kobiety pojawiły się żebrackie łzy. – Mój syn we więzieniu, drugi zmarł przed kilkoma dniami i nie mam na pogrzeb. Nikt mi nie może pomóc, a ja muszę go pochować.
- Ile? – Zapytałam patrząc na jej obfitą biżuterię ze szczerego złota. Nie potrafiła odpowiedzieć, więc dałam 20 złotych, które miałam w portfelu. Sama nie wiem dlaczego.
- A nie masz dolarów?
Udałyśmy się z dziewczynami czym prędzej do domu. Dochodząc do Prospektu Svobody usłyszałyśmy za naszymi plecami znajomy głos.
- Alo dzjevchata! – Chudy dres szedł za nami ciągnąc za sobą cichego kolegę.
- Spierdalaj!
- Czekajcie!
- A co? Też chcesz djengi? Nie mam już.
- Nie o to chodzi! Źle zrobiłaś, że im dałaś. To byli oszuści.
- Wiem.
Poznawaliśmy się w drodze do hostelu i pod samym celem zawróciliśmy na piwo do Kafe Cisar.
- Lwów był kiedyś polski.- Sprowokował jeden.
- A Wroclaw niemiecki – Odparłam krótko i ostro.
Romko, szczupły, lekko rudawy, z trzydniowym zarostem spał nad filiżanką kawy i lampką nalewki. Chudy dres najwięcej mówił. Ścięty „na wojskowo” blondyn uśmiechał się szeroko pod połamanym we wszystkie strony nosem. Miał na imię O’.
Spóźniał się pół godziny. Bazgrałam na serwetce plan reportażu o Ukrainie po powrocie z Kamieńca Podolskiego i Karpat. Siedziałam sama w Kafe Cisar przy okrągłym stoliku z ciemnego drewna. Myślałam, jak powiedzieć mu, że już się nie spotkamy, po tym jak jego koledzy zachowali się na ostatniej rybalku. Zawieźli nas nad jezioro ładami. Jeden z kierowców wyprzedzał Tira „na trzy” między drugim Tirem nadjeżdżającym z naprzeciwka. Potem chcąc zapalić trawę z butelki po domowym bimbrze doprowadził do jej wybuchu. To jednak nie był żaden problem, a jedynie atrakcja. Pod koniec imprezy niektórym za bardzo się „zachciało”, co było przyczyną licznych nieprzyjemności. Miałam dopić herbatę i wyjść. Nie wyszłam. Zrozumiałam, że straciłabym prawdopodobnie największą perłę mojego wyjazdu – i miałam rację.
O’ pochodził z przemysłowej dzielnicy Lwowa, Rogatki. Często uczestniczył w bójkach na wiejskich weselach i w mieście. Jednego razu rozbito mu trzy butelki na głowie i rozcięto ścięgna palców lewej dłoni – dzięki temu zawsze miał miejsce w marszrutkach. Któregoś dnia zabrano go z domu w kaftanie bezpieczeństwa po tym, jak zdemolował pokój ramką ze zdjęciem byłej dziewczyny. Do dziś nie może wchodzić do wielu barów. Chodząc ulicą witali się z nim ludzie różnego pokroju – tajemniczy, w dresach, eleganccy w koszulach, subtelni, studenci… dyskretnie jak myszy i oficjalnie. Za dzieciaka kradł na ulicy i dostawał za to wynagrodzenie od wujka jednego z kolegów. Od dwóch lat nie pił. Słuchał ruskiego hip-hopu i szansonów Mikhaila Kruga. Pracował od rana do wieczora na budowie. Gdy był mały chciał zostać aktorem. Oglądał filmy z Brucem Willisem – miał jego oczy.
Spotykałam się z nim, lecz nie mogłam przemóc się na czułości, od których ukraiński naród aż płonie. Czuliśmy się dobrze w swoim towarzystwie i tylko przy nim ogarniał mnie wstyd, że zabawiam się z innymi. „No jak to? Nie spróbować z młodszym – i to jeszcze z kapitanem jednej z głównych drużyn piłkarskich Lwowa?” – demon szeptał mi do ucha. Każdy inny wzbudzał we mnie namiętność, a O’ jedynie szacunek. Jedna z moich zabaw zakończyła się wypadkiem skazując mnie na trzy tygodnie abstynencji.
- Nie mogę z tobą sypiać przez trzy tygodnie. Miałam wypadek. – Oznajmiłam któregoś razu w jednej z najgorszych spelun jakie w życiu widziałam, a gdzie lubiłam przesiadywać.
- No i co z tego?! Nie o to mi chodzi. Ty mi się po prostu podobasz, rozumiesz? Jako djevushka.
Innym razem moja namiętność do piłkarza osiągnąwszy maksymalną skalę całkowicie stłumiła popęd do O’. Jak na złość w ten sam wieczór, gdy wyznałam, że nic we mnie nie ma, piłkarz wydzwaniał jak nigdy.
- To nic. – Powiedział O’ zaciągając się papierosem. – Ja i tak chcę się z tobą spotykać. Niczego się nie bój. Będę cię tak traktować, jak sama będziesz się zachowywać.
To była prawda. Każdy inny zawsze pilnował, by obejmować, trzymać za rękę, głaskać jak psa… i ten każdy inny szybko mi się nudził.
O’ nienawidził murzynów, ani w ogóle ciemnych ludzi. Kiedyś po Rogatce jeździł ładny samochód tam i z powrotem, aż zakopał się w zaspie. Wielu wyszło z bram popatrzeć na walczącego ze śniegiem kierowcę.
- Nie pomogliście mu?
- No co ty? Nie dość, że Cygan, to jeszcze polski. Łopatę mu podaliśmy i to wszystko.
Nie lubił ‘ziomków’ w porach spuszczonych do kolan, ani świecących księżniczek na siedemnastocentymetrowych szpilkach. Nie chodził na dyskoteki, ani imprezy taneczne, gdzie zawsze są chętni do bójek. Na wesele – wiadomo – wypada.
Gdy wybuchła Pomarańczowa Rewolucja pojechał do Kijowa.
- Rewolucja?! To był pomarańczowy strajk, a nie rewolucja! Rewolucję potrafią robić tylko Francuzi. – Wymachał kiedyś rękami te słowa na ławce przy Podwalu.
Weszłyśmy na Hreszczatyk. Zdziwiła mnie europejskość Kijowa. Było w nim wszystko, co każda stolica Europy powinna mieć, w tym Majdan i Statuę Niezależności. Czuło się jednak wschodni rozmiar XXL. Dzieło człowieka potężniejsze od niego samego. Pod gmachem sądu stał tłum ludzi. Na początku myślałam, że to jakiś festyn, albo święto. W rzeczywistości była to demonstracja zwolenników Julii Tymoszenko. Policja stała spokojnie z serdecznym uśmiechem – jak na jarmarku w dzień targowy. 200 metrów dalej trwały przygotowania do KIA DRIFT w ramach EURO 2012.
Jego babka od strony ojca była Polką. Nie lubił tej rodziny. Nie odwiedzał ich, bo rodzinny obiad zawsze groził bójką z pijanymi wujkami…
Stanęłyśmy na wylocie drogi z Lwowa do Tarnopola. Pierwszy kierowca, przyjemny mężczyzna w średnim wieku poczęstował nas jabłkami z własnego sadu i czekoladowymi ‘konfjetkami’. Po drodze skręcił do Umania, gdzie piłyśmy świętą wodę i kąpałyśmy się w niej. Spokojne sanktuarium położone w malowniczej, pagórkowatej krainie przyciągało rzesze wiernych. Ponoć doszło tam do objawienia. Po wiejskich drogach chodziły stada krów…
Potem znów napiłyśmy się świętej wody z innego źródła z dwójką młodych tirowców. W samym Tarnopolu miejscowe wyrostki wsadziły nas w autobus do Stryjówki – rodzinnej wsi mojej babci. Chłopcy śmierdzieli alkoholem i papierosami. Jeden miał poobijaną twarz. W tłumie na bazarze przemieszczali się jak kuny. Nikt nie zauważyłby jak biorą produkty ze stoisk.
- A wy do kogo w tej Stryjówce? – Kierowca marszrutki obnażył złoty ząb na tle pozostałych szarych.
- Po prostu. – odparłam zakłopotana bojąc się mówić cokolwiek do przewrażliwionego na własnym punkcie narodu. „Do nikogo” pomyślałam rozpłakawszy się dyskretnie.
Wysiadłyśmy na polnej drodze z kilkoma Ukraińcami. Każdy szybko udał się w swoją stronę, jakby trochę w popłochu. My stałyśmy chwilę w napięciu i ruszyłyśmy do centrum, gdzie na szczycie wzgórza stała dumnie niczym pałac, błękitna cerkiew. „W końcu pamiętny dom babci, legendarne miejsce na ukochanej ziemi”. Po obydwóch stronach drogi stały łąki i staw, a na nich krowy i gęsi. Chłopiec pasł jedno z nich, kąpiące się w zacienionej wodzie. Wszędzie panowała cisza. Załatwiłyśmy potrzebę w pierwszych napotkanych krzakach i poszłyśmy dalej. Zjadłyśmy wiejski chleb z jakimś sztucznym serkiem na rozkruszonych schodach i skręciłyśmy w głąb wsi nieopodal wytwórni kiełbasy.
- Przepraszam. – Zaczepiłam starszą kobietę z jednej z zagród. – Wie może Pani, gdzie stał kiedyś młyn i staw?
- A wy od kogo?
- Od Kr.
- A ja znam ich… znam. Żyje ich jeszcze kilku. Wejdźcie, wejdźcie…
Rozpłakałam się na dobre. Łzy ciekły mi strumieniem po policzkach. Nie mogłam złapać powietrza. Widziałam babcię zbierającą zioła w sadzie. Nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze żyje. Przyszła młoda przedstawicielka naszej rodziny, wymieniłyśmy adresy i telefony, ponaciągałyśmy fakty… Starsza pani poczęstowała nas domowym rosołem z domowym makaronem i domowym chlebem. Kuzynka zwolniła się z pracy, przyjechał kuzyn z Tarnopola i miał być cmentarz, a potem hulanka. Wtem weszła baba Olha – jedna z najstarszych przedstawicielek wsi.
- A wy od których Kr? [.....] A! To wy nie rodzina!!! Idziemy!
Młoda kobieta i pan z Tarnopola odeszli. Obiecałam wysłać im kartkę mimo wszystko.
Baba Olha stara, a żwawa, że niejeden młody by pozazdrościł wyprowadziła nas poza wieś w stronę łąk, obok gęsi i krów, z chustą na głowie i uśmiechem na twarzy. Napracowała się już w życiu. Szerokie, przeciążone dłonie zwisały nisko przy udach. Pokazała gdzie stał staw, a gdzie młyn. Stałam roztrzęsiona, myśli rozbiegane. Tu koniec wsi, pola, pagórki, łąki i droga donikąd. Moja babcia zbierała kamyki na tej drodze i rzucała je do nieistniejącego już stawu, a ciocia Mania puszczała łódki spod młyna na rjechku….
- I co ci Moskale narobili?- mówiła sama do siebie baba Olha.
Podeszłyśmy pod jeden z domów, gdzie w furtce stanęła starsza pani o dwóch laskach, której pod wpływem emocji imienia zapomniałyśmy. Konwersacja, wywiad i telefony do ojca i cioci…. Tak, wszystko się zgadza! Wszyscy ich pamiętają. Prababka Franka i pradziad Anton (zamordowany przez banderowców przebranych za esesmanów), moja babka i jej rodzeństwo, adoptowane dzieci wojny… Kolejny obiad w domu kuzyna babki, wino…
- Bryzz!
Nasi Kr byli inni od pozostałych. Mieszkali na obrzeżach. Dobrze żyli z Ukraińcami, niektórzy się nawet z nimi żenili. Po chacie babci tylko bocianie gniazdo zostało, szczekanie psów, szum drzew i schowane przed żarem słońca ptaki….
Niczego się nie spodziewałam, niczego nie chciałam. Kilka dni później przemycałam przez granicę podarowaną dla rodziny kiełbasę. Babcia nie żyje od jedenastu lat.
Był 1 sierpnia 1992 roku. O’ wstał z łóżka. Nikogo w domu nie było. Biegał od pokoju do pokoju i szukał żywej duszy. Wyjrzał przez okno i zobaczył samochód. Jedziemy na wycieczkę!! – pomyślał w podskokach. Wyjechali. Nagle drogę zagrodził im służbowy pojazd brata ojca. Wujek wyszedł cały zapłakany – Tata nie żyje. Spalił się żywcem podczas spawania – przez błąd kolegów. Pogrzeb w letni upał, czarne, śmierdzące zwłoki leżały w komnacie. Dookoła lamentujące kobiety i modły. Tradycja prawosławnych nakazuje, aby wdowa pożegnała męża pocałunkiem. Ciężarna matka odmówiła, co spowodowało skandal obyczajowy. Co więcej w wyniku szoku pourazowego lekarze polecali aborcję. Nie zgodziła się. Siostra O’ urodziła się zdrowa. Obecnie nikt o grób ojca nie dba. Nawet babka Polka.
Na ‘majdancik’ przy Medewoji Peczery przychodził sześcioletni Marian. Potrafił dobrze grać w futbol i strzelać takie gole, że sama bałam się je bronić. Któregoś dnia zmarła jego dwudziestoczteroletnia matka. Obok miejsca mojej pracy, prawie przy samym krawężniku śpiewali modły prawosławni żałobnicy. Mały łobuz Marian nie chciał zejść z boiska… Na placu zabaw płakał dziesięcioletni Vladi – żal mu było kolegi, bo jego mama taka fajna…
- Ja też mam coś dla ciebie. – Odparłam z uśmiechem sięgając do torebki. – To płyta „Kaliber 44”. Nie mają tu nacjonalistycznych pieśni więc możesz słuchać bezpiecznie we Lwowie.
Nie wpadłam na nic lepszego jako prezent. Kupiłam mu płytę, bo lubił hip-hop, a „Paktofonika” mogła być zbyt poważna i monotonna. Nie zdążyłabym też wyciągnąć nic dla niego z polskiego więzienia. Nie chciałam dawać mu nic zakupionego na Ukrainie. Alkoholu nie pił. Na ostatnim spotkaniu wyciągnęłam kunę chorwacką z portfela, którą nosiłam na szczęście. Powiedział, że zrobi w niej dziurkę i doczepi do kluczy. Był 24 sierpnia, dwudziestolecie Dnia Niezależności.
Bawię się ciotkami obracając je pokracznie między palcami jak losy Ukrainy między Zachodem a Rosją, bogactwem a biedą, polityką a bandytyzmem. Bawię się narzędziem nacjonalizmu, będącym jedynym możliwym przejawem ukraińskiego patriotyzmu, bo Ukraina pachnie kwiatami i… gównem.